Toksyczne zwolnienie: Dlaczego influencerzy sprzedają nam odpoczynek z pozycji przywileju?

Pamiętasz te lata, w których media społecznościowe przypominały obóz przetrwania dla korporacyjnych gladiatorów? Wszyscy musieliśmy wstawać o 4:30 rano, pić zielone koktajle z selera naciowego, robić dziesięć treningów w tygodniu i bezrefleksyjnie powtarzać mantrę: „Wszyscy mamy tyle samo godzin w dobie, liczy się tylko determinacja”. Kulturę zapierdolu (hustle culture) wtłaczano nam do gardeł przez lata, a jej kapłani licczyli zyski ze sprzedanych e-booków, planerów i motywacyjnych biletów.

Aż w końcu przyszła ścianka. Organizm, traktowany jak bezawaryjna maszyna do generowania zasięgów, w pewnym momencie powiedział „stop”.

Od kroplówki w salonie do mądrości z Bahamów

Scenariusz tego dramatu jest boleśnie przewidywalny. Najpierw widzimy na Instagramie estetyczne zdjęcie męczeństwa: blada ręka z wenflonem, kroplówka podawana przez prywatną pielęgniarkę albo szpitalna pościel. Do tego podpis z gatunku dramatycznego przebudzenia: „Przesadziłem. Organizm w końcu wymusił na mnie pauzę. Dbajcie o siebie, bo zdrowie jest jedno”.

Brzmi jak ludzki odruch? Być może, dopóki nie zauważysz mechanizmu, który następuje tuż po rekonwalescencji.

Oto ci sami ludzie, którzy przez dekadę wpędzali setki tysięcy zmęczonych etatowców w poczucie winy, że „robią za mało”, nagle stają się apostołami powolnego życia. Zamiast refleksji nad toksycznością systemu, który sami promowali, dostajemy gotowy produkt: rady o „odpuszczaniu”. Problem polega na tym, że ich wersja „zwolnienia tempa” ma niewiele wspólnego z rzeczywistością zwykłego człowieka.

Ewa Chodakowska, która przez lata budowała imperium na bezkompromisowej pracy nad sylwetką i biznesem, po burzliwych zmianach w życiu prywatnym i medialnej burzy pokazującej jej ucieczkę w egzotykę, serwuje nam opowieści o nowym życiu. I tu pojawia się kluczowe pytanie: czy ich definicja odpoczynku w ogóle zakłada bycie tu i teraz?

Kompulsywny relaks, czyli ucieczka przed ciszą

Przyjrzyjcie się temu uważnie. Czy influencer potrafi „odpuścić” w mieście, w którym na co dzień mieszka? Czy potrafi wyłączyć telefon, wyjść na spacer do najbliższego parku, usiąść na ławce i po prostu pogapić się w zielone liście albo poczytać książkę bez relacjonowania tego na InstaStories?

Rzadko. Dla ludzi uzależnionych od skrajnej stymulacji i zewnętrznej walidacji, zwolnienie tempa nie oznacza spokoju. Oznacza kompulsywną turystykę. Skoro nie mogą biegać za biznesem, zaczynają biegać za widokami. Odpoczynek musi mieć wymiar spektakularny: jeśli Bahamy, to na trzy tygodnie; jeśli reset, to w butikowym hotelu na Bali. Im droższa egzotyka, tym lepszy „duchowy rozwój”.

Zwykła sobota w bloku na Ursynowie czy spacer po Polach Mokotowskich bez telefonu nie dają odpowiedniego zwrotu z inwestycji wizerunkowej. Przecież spokój, którego nie widać w kadrze z basenem bez krawędzi, „się nie liczy”.

Toksyczna dojrzałość i ślepa plamka przywileju

Największym absurdem tego zjawiska jest całkowity brak autorefleksji. Radzenie komuś, kto wstaje o szóstej rano, jedzie dwoma autobusami do pracy, ma na utrzymaniu rodzinę i kredyt hipoteczny, żeby „odpuścił, rzucił wszystko i wsłuchał się w swoje ciało”, to szczyt cynizmu.

To wellness z pozycji przywileju. Łatwo głosić ewangelię odpuszczania, kiedy na koncie została zgromadzona poduszka finansowa pozwalająca na roczny urlop sabatyczny, a praca polega na pstrykaniu zdjęć palmy.

Zamiast brać rady życiowe od ludzi, którzy najpierw wyeksploatowali do cna siebie (i Waszą potrzebę akceptacji), a potem skomercjalizowali własne wypalenie, warto zadać sobie proste pytanie: czy Twoje zmęczenie jest wynikiem lenistwa, czy po prostu żyjesz w świecie, w którym giganci social mediów chcą sprzedać Ci lek na problem, który sami pomogli stworzyć?

Prawdziwe odpuszczanie nie wymaga biletu w jedną stronę na Bahamy. Czasami zaczyna się od wyłączenia powiadomień i przyznania przed samym sobą, że masz święte prawo być zmęczonym – bez kupowania cudzych porad za grube tysiące.

Podziel się:

Czytaj więcej: